Zabić z uśmiechem

Cisza i srebrzysty księżyc towarzyszyły mu o tej późnej porze. Szedł dostojnym krokiem, z czerwoną różą w dłoni, a w czarnym garniturze prezentował się wręcz zniewalająco. Doskonale wiedział, dokąd zmierza i o spóźnieniu nie było mowy. Ten wieczór miał być czasem wybornej zabawy, której nie można przegapić

Gdy dotarł do celu, zaczął poszukiwać odpowiedniego miejsca. Rozglądał się i zastanawiał – dlaczego był sam. Gdzie byli widzowie?

W końcu uklęknął kilka metrów przed sceną, skierowany lekko w lewo. Znajdował się w bezpiecznej odległości, lecz na tyle blisko, by mieć dobry widok. Kwiat spoczął na ziemi, tuż obok niego. Mężczyzna zerknął na zegarek i zorientował się, że do przedstawienia zostało raptem kilka minut.

To, że zaglądał przez okno do środka pewnego mieszkania na parterze, jest nieprecyzyjnym określeniem. On… Obserwował… I był pochłonięty tym, co robił.

Ach! Jakże nie mogę się doczekać widowiska! A główni aktorzy z obsady to moi ulubieni artyści!

Wyprostował się, a dłonie odziane w białe rękawiczki położył na kolanach.

Nie mogę przecież sprawiać wrażenia niezainteresowanego. To takie niekulturalne.

 Był gotowy na show.

– Jeszcze chwileczkę… – wyszeptał zniecierpliwiony, czując, jak całe ciało napina się z podniecenia. – I raz… I dwa… I trzy… Teraz!! – wykrzyczał podekscytowany.

Nagle usłyszał huk, a zaraz po nim wołania o pomoc. Nad kamienicą pojawił się ciemnoszary dym, który utrudniał oddychanie, a z wnętrza budynku w popłochu uciekali przerażeni mieszkańcy. Pożoga momentalnie pochłonęła otoczenie, a we wcześniej namiętnie obserwowanym mieszkaniu płomienie zniszczyły wszystko.

Choć nie było ich widać, główna aktorka oraz jej partner spisali się, jego zdaniem, wzorowo. Dałby głowę, że słyszał ich głosy, wołania pełne rozpaczy. Czuł ich ostatnie oddechy, widział uszkodzoną skórę. Był pod wrażeniem dbałości o szczegóły.

– Och, Anita… Od dawna wiedziałem, że powinnaś zagrać w moim przedstawieniu. Przepraszam, że tak długo na to czekałaś, ale lepiej później niż wcale, prawda? – Jego policzki zaczerwieniły się, a mimika twarzy wskazywała, że był oczarowany. – Brawa! Brawa wam! Cóż za wspaniała obsada! Jesteście niesamowici!

Zachwycony klaskał w dłonie, oddychał przez usta, uśmiechając się szeroko. Jego źrenice były mocno powiększone, tak jakby chciał oczami wchłonąć to, co oglądał. Nic nie było w stanie oderwać go od tej przepięknej choreografii. 

Ogień jest taki… Niezwykły? Nie, on jest… Spektakularny! To, jak tańczy na wietrze, dzięki któremu staje się nie do powstrzymania. Te kolory, forma, ciepło… Jest jak żywa śmierć. Skazuje innych na agonię, a jednocześnie rośnie w siłę…

W oddali słychać było nadjeżdżające wozy straży pożarnej.

– No, no… Nadjeżdżają, nadjeżdżają. – Obejrzał się za siebie, po raz pierwszy tego wieczoru zmieniając pozycję. – Aaaaa, ale mi szyja ścierpła… No trudno, już czas. 

Wziął głęboki wdech, różę w dłoń i powoli się podniósł. Każdy ruch, który wykonywał, przepełniony był elegancją i lekkością. W podziękowaniu za bajeczny spektakl ukłonił się, ucałował dziki kwiat i rzucił go w płomienie, przyglądając się, jak ogień pożera każdą jego cząstkę. Na koniec spojrzał w konkretne okno. To był kluczowy moment występu – przemówienie.

– Złożyłem ci w darze całego siebie, a ty zniszczyłaś mnie…. Zdradziecka suko. Dlatego teraz, zaprawdę powiadam ci, że ruch symbolizuje życie. Bo przecież każda istota żywa się porusza. A skoro ty nie możesz, oznacza, że jesteś martwa. – Stał i ani na moment nie oderwał wzroku od przedstawienia. Znał ten tekst na pamięć, pracował nad nim wiele razy, wyobrażając sobie właśnie to widowisko, którego teraz miał przyjemność być obserwatorem.

 Zbliżył krzyż wiszący na jego piersi do ust, pocałował go, a następnie rzekł:

– Amen.

Jego oczy stały się puste, wręcz zimne. Czuł niedosyt. Mógłby oglądać swoje dzieło bez końca. Na zakończenie rozpostarł ramiona niczym skrzydła i czekał.

Razem ze strażą zjawiła się policja. Strażacy zajęli się gaszeniem pożaru oraz ratowaniem cywilów, a mundurowi, zaskoczeni postawą mężczyzny, wyciągnęli broń i powoli skierowali się w jego stronę.

– Witam, panowie. – Mężczyzna przywitał się, obdarowując nowych towarzyszy nienaturalnie szerokim uśmiechem. – To jak? Możemy jechać? Ja jestem gotowy.

Podał im ręce, by zakuli go w kajdanki. Nie zamierzał uciekać ani się bronić. Chciał opowiedzieć im, jaka strata ich dotknęła.

Gdy prowadzili go do radiowozu, spojrzał na mieszkanie ukochanej po raz ostatni. Przysiągłby, że przez sekundę ukazała mu się za szybą. Błagała o wybaczenie, o ratunek, lecz na to było już za późno. To on kontrolował sytuację, ponieważ był reżyserem tego dzieła.

W sali przesłuchań siedział wyprostowany, splecione dłonie opierał na metalowym stole. Po chwili policjant wszedł do pomieszczenia z białą teczką i długopisem.

– Dobrze, rozpoczynamy przesłuchanie. Nazywa się pan? – zapytał, siadając na wolnym krześle.

– A czy to ważne? – odpowiedział uprzejmie. – Czy mogę już opowiadać?

– Najpierw musimy wypełnić formalności. Poproszę więc o pana imię i nazwisko.

– Nie nazywam się tak, ale czuję, że Jan Chrzciciel w pewien sposób odrodził się we mnie. Nie jestem prorokiem, ale wiem, że moje dzieło było przepowiedziane przez niego.

– Dzieło? Tę piekielną katastrofę nazywa pan dziełem?

– Owszem. Widzi pan, przez wiele miesięcy dążyłem do tego wydarzenia. Skrupulatnie pisałem scenariusz, przychodziłem na scenę, wyobrażałem sobie każdy moment. Wiedziałem, jakich artystów wybiorę i dobrze wybrałem, ponieważ spisali się znakomicie. Szkoda, że przyjechaliście tak późno, ominął was prawie cały spektakl.

– A jak zatytułował pan swój spektakl? – odparł nonszalancko policjant, podkreślając ostatnie słowo, którym był zdecydowanie obrzydzony.

Pytanie mundurowego pozwoliło powrócić mężczyźnie do samego początku. Jednak wspomnienia o przygotowaniach nijak się miały do prawdziwego występu. Uradowała go ciekawość funkcjonariusza, więc odpowiedział, nadal się uśmiechając.

– Zabić z uśmiechem. Ponieważ jestem kulturalnym człowiekiem.